Wspomnienia z Aftryki  - Druhna hm A. Źbikowska

 

 

 

10-ty luty 1940 rok, to początek nie przewidzianych ciężkich zmian. Masowa wywóżka Polaków całymi rodzinami w głąb Syberii – Archangielska. Tu ciężka, nieludzka praca o głodzie i chłodzie i tylko silna wola do życia nas uratowała. W 1942 roku przyszła- Amnestia. Zaczęła się nowa wędrówka, ale to niby już jako ludzie wolni. Dążyliśmy na południe gdzie w Uzbekistanie w okolicy Taszkentu organizowała się Armia Polska. Tą ciężką i niezwykle długą drogą ostatecznie dostaliśmy się do Krasnowodzka a potem okrętem, razem z wojskiem do Pachlewi-Persja. Tutaj nas wymyto, ubrano,  podleczono i trochę odkarmiono , już bez mężczyzn, bo ci zostali prawie wszyscy w wojsku, przez Teheran, Ahvaz, Karachi do Afryki.

 

 W listopadzie 1942 roku dotarliśmy do pięknego Tengeru położonego u stóp góry Meru, wśród egzotycznej przyrody i półnagich tubylców. Nasze osiedle Tengeru było podzielone na 7 grup i zależnie od tego kiedy transport przybył do osiedla, gdzie się mieszkało. Tutaj po tej długiej tułaczce mieliśmy własny dom! Okrągłe chatki z błota, pokryte bananowymi liśćmi ostożkowym dachu. Były tylko drzwi i jedno okno bez szyb i to się nam wydawało luksusem. Mieliśmy : kościół, szpital z boku osiedla, na wzgórzu prawie wszystkie szkoły że każdy miał dobry wybór oraz wspanialych nauczycieli, księży i profesorów. Potem powstały organizacje religijne jak Krucjata Eucharystyczna, Sodalicja Mariańska i harcerstwo.

Całe osiedle miało dużo kwiatów, białe domki i wyglądało bardzo uroczo.

Odrazu zostały zorganizowane lekcje, chociaż tylko na początkowo na świeżym powietrzu pod drzewami i kaźdy musiał przychodzić z własnym siedzeniem. Mieliśmy kościółek gdzie mogliśmy  dziękować Bogu za otrzymane łaski i modlić się opołączenie rodzin i wolną Polskę. 

 

Największe i najpopularniejsze było harcerstwo. Skupiło prawie całą młodzież i dzieci. To była nasza duma i najlepsza przygoda i rozrywka. Obozy – może nie którzy narzekali że były niebezpieczne, ale były dla nas największą i ulubioną atrakcją.

„Tengeru” miało 7 drużyn harcerek i 4 drużyny harcerzy! Drużyna przeciętnie liczyła 60-70 osób. Były też zuchy i duży sierociniec, kierowniczką którego była dhna E Grosicka, a zuchy były prowadzone przy sierocińcu.

 

Nasze obozy i kursy

 

Obóz u stóp góry Meru do którego jechało się odkrytą lorą około 5-7 godzin. Emocji tam było wiele, nocą podkradały się do obozu lwy, więc warta trzymała płonące ogniska przez całą noc, a na warcie chodziło się z długimi kijami.

 

Pewnego dnia wczasie obozu usłyszeliśmy krzyki murzynów, biegnących z całym swym dobytkiem i trzodą , bardzo przestraszonych.  Trudno było odgadnąc co jest przyczyną tej  paniki. Pan Zajer, opiekun obozu i jedyny mężczyzna przytrzymał murzyna, który wyrywając się krzyczał „Kwenda niumbani bwana” co znaczy uciekajcie do domu Masaje idą!

 

Nasza Komendantka Dhna E Grosicko wydała odrazu rozkaz  - wszystkie harcerki do namiotów. Zastępowe niech pozbierają do jednego kosza wszystkie lusterka, świecidełka, korale i kolorowe wstążeczki. Komenda obejmuje służbę. Warta dookoła obozu!

 

Zapanowała cisza, potem słychać rytmiczne kroki Masaii i za chwilę zobaczyliśmy ich samych, uzbrojonych w potężne dzidy, miecze i maczugi. Tą prymitywną bronią potrafią zabić lwa. Z każdej szpary namiotów spoglądały wystraszone dziewczęce oczy. Ubiór Masaja, to kawał skóry bydlęcej lub kawałek ciemnego materiału, przerzucony prze ramię coś jak toga rzymska. Na nogach coś w rodzaju sandałów. Włosy posplatane w cieniutkie warkoczyki, ufarbowane na kolor ceglasty. Wszystko wysmarowane tłuszczem którego zapach jest okropny. 

 

 

Kobiety miały ogolone głowy, uszy pocięte i ozdobione świecidełkami zwisającymi aż do ramion. Na rękach i nogach bronzoletki z drutu miedzianego a na szyji sznury splecionych koralików. Okryte skórą bydlęcą a dzieci swoje nosiły na plecach. Widok ich i zapach był przerażający, ale nikt znas nie spuścił z nich wzroku.

 

Pan Zajer podszedł do wodza Masaji na powitanie uzbrojony w strzelbę i aparat fotograficzny. Obok niego staneła nasza Komendantka w mundurze harcerskim, trzymając koszyk z zebranymi świecidełkami jako prezent dla kobiet masajskich. Lusterka były czymś czarodziejskim dla tych kobiet, a odbicie twarzy doprowadzało je do zachwytu i śmiechu lub wywoływało okrzyki przestrachu.

Masaje odtańczyli swój taniec i poszli w sobie tylko znanym kierunku. W obozie po ich odejściu panowała cisza!!

 

A przy ognisku wieczorem słyszało się już nową piosenkę:

 

Zajer krzyczy „Nie wychodzić”

Masaj może ci zaszkodzić

Masaj dziko podskakuje

I harcerki kokietuje

 

Jasia Fulmyk wodę pije

Bo jej serce mocno bije.

Hildebranda mdleje, wzdycha

I od strachu ledwie dycha.

 

Nasza słuźba obozowa

Odezłego nas uchowa

Nocą deszcz a w dzień  Masaje

To harcerkom spać nie daje.

 

Od czasu pojawienia się Masaji władze osiedla i harcerskie przy poparciu matek, postarali się aby dalsze obozy organizowano na farmach z zapewnieniem pełnego bezpieczeństwa.

Innym razem na obozie, chociaż już wtedy obóz był przy farmie, nocą odwiedziły nas- słonie, myślę że były trzy. Warta usnęła, pan Trappe juź odszedł do domu a tu niespodzianka. Komendantka pierwsza zobaczyła słonia i wysłała wartę aby pobiegły po Pana Trappe, a harcerkom nie pozwoliła wychodzić z namiotów. Pan Trappe prędko przybiegł ale widocznie znudzone słonie powędrowały sobie dalej, bez najmiejszych przygód.

Najbardziej atrakcyjnym miejscem na obozy harcerski dla nas była farma pani Trappe i jej syna. Mieliśmy tam obozy kilkakrotnie. Farma położona z przeciwnej strony góry Meru od naszego osiedla, zupełnie w dzikim terenie. Stada słoni lubiały podchodzić podnasze namioty. Można było też  łatwo spotkać: lwy, nosorożce, małpy,antylopy, hieny i inne. Mimo tego czułyśmy się tam bezpieczne, pod ochroną pana Trappe, który był doświadczonym myśliwym. Kilku murzynów z jego służby również czuwało nad naszym bezpieczeństwem. Samym trzeba było uważać na gady i płazy, których było pełno w całej Afryce.

Inne wydzrzenia z tego okresu to harcerze.  W 1947r. we wrześniu odbyło się Jamboree nad jeziorem Victoria w osiedlu Koya. Wzięło tam udział kilkunastu harcerzy z „Tengeru”. Podczas gry terenowej „Kto pierwszy dotrze do wyznaczonego celu” dwóch polskich harcerzy zdecydowało skrócić sobie trasę, płynąc przez jezioro, znalezionym nad brzegiem czułnem. Po wypłynięciu na jezioro, czółno zaczeło nabierać wodę. Obydwaj znależli się w jeziorze i zaczeli płynąć do brzegu. Jeden z chłopców Jerzyk Międzyrzecki ze strachu przed krokodylami i zmęczenia zaczął tonąć i chociaż Staszek dociągnął go do brzegu, Jerzy zmarł na atak serca.  Spoczywa na jednym z wielu cmentarzy na naszym tułaczym szlaku, w osiedlu Koja nad jeziorem Victoria.

 

Było to bardzo smutne wydarzenie i nie tylko rodzina ale i całe „Tengeru” a szczególnie harcerze i harcerki bardzo opłakiwali tego młodzieńca.

 

 

Młodość nasza jest rzeźbiarką

Co wykuwa żywot cały

Choć przeminie sama szparko

Cios jej dłuta wiecznie trwały.

 

Już tyle lat od chwili tej

Gdyśmy żegnali czarny ląd

I poszli przez szeroki świat

Z dolą, niedolą za pan brat.

 

W wędrówcce naszej zawsze szły

Wspommnienia afrykańskich dni

I nie był biedny włóczęgów los

Bo w przyjażni, bogaty mieli trzos

 

Gdy przy ognisku w ciemną noc

Spleciemy dłonie w bratni krąg

Niech pieśn uleci w nieba próg

By znów się spotkać dał nam Bóg!

 

 

Alina Żbikowska

Pisane w sierpniu 2007 r. 

 

 

Wrócić na główną stronę gazetki "Sto Lat"