1 Warszawska Żeńska Drużyna Harcerek: Obóz w Radości

 

 Nasza drużynowa, „Chyża Kozica”, Zosia Zawadzka, zwana „Kozą” zdążyła jeszcze przed wojną być na prawdziwym, harcerskim obozie. Te wspomnienia z nad Naroczy żyły w niej podczas ponurych lat okupacji. Uczyła nas piosenki: „Szare, namiotowe płótna łącza nas”... ale przecież dla nas był to świat nieosiągalny. Zresztą młodzież, prawie dzieci, rwała się do jakiejś konkretnej roboty konspiracyjnej. Chłopcy marzyli o broni, dziewczęta bardziej o kurierstwie, szkoleniu sanitarnym, jakichś wyczynach bojowych. Trudno się dziwić, że wspaniała Komendantka Chorągwi Warszawskiej (później przeszła głównie do wojska) Druhna Jaga Falkowska, zabiegała o to, by wychowywać młodzież do przyszłości, do odbudowywania wolnej Polski, nie tylko do walki, co było oczywiste. Tak dużo z nas ginęło codziennie.

I „Koza” postanowiła urządzić nam obóz. Jej rodzice mieszkali w Radości i ratując budżet założyli w domu piekarnię. Był więc ruch ludzi. Zgodzili sie udzielić nam strychu z wyjściem na dość płaski dach.

 

Zaczęły sie przygotowania. Daty, podstawowy prowiant; nie łatwa sprawa gdy było głodno i większość produktów była na kartki. Skromny, ale konieczny ekwipunek. W przygotowaniu zadań i treści brała udział hufcowa, Jola Wedecka, razem z „Kozą”.

 

Nadszedł upragniony dzień, lato 1943 rok. Dojechać musiałyśmy jak najdyskretniej, najwyżej po dwie i to różnymi pociągami kolejki podmiejskiej. Trzeba było zdążyć przed godziną policyjną.

 

Jesteśmy na miejscu. Rozkładamy posłania pod niskim dachem. Służbowe szykują kolację. Jakaś kasza, która niebywale smakuje, a potem „ognisko.” Już jest ciemno. Cichutko wychodzimy na dach, kucając lub siedząc, by nie sterczeć ponad poziom. Jola intonuje piosenkę, może „Płonie ognisko..” i prosi którąś o zapalenie świeczki w środku kręgu siedzących dziewcząt. Przez jakiś czas śpiewamy cichutko ulubione piosenki. A potem zaczyna się gawęda. Dlaczego jesteśmy harcerkami? Kim jestem i co mogę, co chcę wnieść do drużyny? Jola potrafiła zmusić nas do głębszego zastanowienia niż tylko działanie, które i tak nas czeka.

 

Kolejno zabieramy głos. Najmłodsza miała chyba 12 lat, a Jola 21. Nasze wypowiedzi bardzo młodzieńcze, ale już z cieniem tej wojennej dojrzałości, poważne, na swój sposób. Prawie wszystkie straciły kogoś z rodziców, lub miały ich w więzieniach. Czy kacetach*. Potem „Idzie Noc” i modlitwa. Spuszczamy się na nasz strych. Od rana wykradanie się do lasu na ćwiczenia. Jednego dnia dotarłyśmy nad jeziorko i zdobywałyámy sprawność pływaczki. Gry były przemyślane by nie ujawniać gromady. Chyba najryzykowniejsze było sygnalizowanie, bo trzeba było być widocznym. I zdala od ludzi. Co wieczór „ognisko”, gawęda i dyskusja.

Następny temat to praca nad sobą. Każda wybierała sobie naczelną cnotę, zadanie na najbliższy okres. Co wieczór stawiała sobie oceny. Popularna była odwaga, silna wola, ofiarność i bardzo często pogoda. Myślę, że była to potrzeba chwili, gdy tyle było smutku i rozpaczy. Zosia uczyła nas piosenki: ”Wiesz ty co mój kochany wiesz ty co, śmiej się wciąż żeby nie wiem jak ci szło...”

 

Choć nie szare namiotowe płótna, ale ten obóz połączył nas. Do dziś dnia te, które żyją są sobie bliskie.

 

Hanna Zbirohowska-Kościa

pisane w lipcu 2007 r.

 

* kacet – obóz koncentracyjny (z niemieckiego skrót  KZ od Konzentrazionslager ).

Wrócić na stronę "Migawki Historyczne" - "Sto Lat" - Numer 3

Wrócić na główną stronę gazetki "Sto Lat" - Numer 3