Okładka kroniki konspiracyjnego zastępu "Świetlików" z I Warszawskiej Drużyny Harcerskiej.

 

 

ZASTĘP "ŚWIETLIKI" W POWSTANIU WARSZAWSKIM

 

 

Fragmenty dziennika pisanego przez Zofię Zawadzką ps. “Koza”, zastępową konspiracyjnego zastępu „Świetliki”, następnie drużynową 1 Warszawskiej Żeńskiej Drużyny Harcerskiej („Zielonej”), w hufcu Wybrzeże Kościuszkowskie.

 

Zastęp „Świetliki” powstał w Warszawie jesienią 1941 roku z kilku dziewcząt, które pochodziły z Krzemieńca na Podolu i do których dołączyły dziewczęta z Prywatnego Gimnazjum i Liceum Żeńskiego Jadwigi Kowalczykówny i Jadwigi Jawurkówny na ul. Wiejskiej. W 1943 roku na bazie „Świetlików” powstała 1 WŻDH Zielona.

 

Harcerki z hufca Wybrzeże Kościuszkowskie (z Jedynki Zielonej i Błękitnej), w liczbie 24, stanowiły obsadę małego szpitala powstańczego, mieszczącego się w gmachu Instytutu Głuchoniemych i Ociemniałych na placu Trzech Krzyży. Poza Dr Burską i dwiema wykwalifikowanymi pielęgniarkami, szpital obsługiwały wyłącznie harcerki, a komendantką punktu była hufcowa phm Jolanta Wedecka. Harcerki z Jedynek przygotowywały się do tej pracy przez cały prawie okres okupacji, gdyż punkt sanitarny w Instytucie przydzielono im już w 1940 roku. W parę lat później władze wojskowe podjęły decyzję rozwinięcia punktu w mały szpital. Materiały opatrunkowe i leki, zgromadzone w dostatecznej ilości i przechowywane częściowo na terenie Instytutu, a częściowo w mieszkaniach prywatnych w pobliżu placu Trzech Krzyży, znalazły się w całości na terenie szpitala na parę godzin przed wybuchem Powstania. Na zbiórkę dnia 1 sierpnia o godzinie trzeciej po południu stawiły się wszystkie harcerki stanowiące obsadę punktu.

 

 

Poniżej następuje odpis z dokumentów Studium Polski Podziemnej w Londynie

Chorągiew Warszawska, tom 3, BII/816/3, rozdział VI, Praca Hufców, z których część została opublikowana w zbiorze pt. Pełnić służbę... z pamiętników i wspomnień harcerek Warszawy 1939-1945 pod redakcją Anny Zawadzkiej i Zofii Zawadzkiej, PIW, Waszawa 1983r.

 

 

Koniec lipca 1944

W tym gorączkowym nastroju nie sposób coś robić, a o czytaniu czy nauce nie ma już mowy. Do nas przez cały dzień pielgrzymki ludu. Stale któraś z dziewcząt przychodzi dowiedzieć się, czy nie ma czegoś do roboty. Większość z nas jest już w Warszawie. Świetliki wszystkie – czekamy. Boże drogi, kiedy wreszcie nadejdzie ta chwila tak długo przez nas wszystkich oczekiwana, do której tak przygotowywaliśmy się.

 

Piątek, 28.VII.1944

Jola i Maryla leżą u siebie w pokoju gdyż są już bardzo zmęczone i chcą tylko trochę odpocząć, by nazajutrz od nowa zacząć ganianie po mieście i przyjmowanie niezliczonej ilości osób. Ja siedzę w stołowym pokoju i już resztkami sił i cierpliwości uczę się fizyki, dlatego, że przecież w sobotę mam egzamin, gdy znowu po raz nie wiem który słychać pukanie do drzwi i za chwilę ktoś pyta o Jolę. Wpada do pokoju i za nieznajomą niewiastą ukazuje mi się pani Wo (hm Hanna Wojewódzka, bezpośrednia władza z ramienia WSK przez cały czas okupacji ale nie wiedziałyśmy, że jest harcerką) która mówi „niech Pani prędko powie pani Zosi...” i natychmiast znika za drzwiami. Za chwilę słyszę „ostre pogotowie, do 6:30 wszystkie mają być na punkcie w pełnym ekwipunku.” Wpadam do Joli, powtarzam jej to i po pięciu minutach nie ma mnie już w domu. Pędzę do Danki a potem do Hanki. Za wyjątkiem Reniuty wszystkie Świetliki zawiadomione. Teraz zaczynają schodzić się na punkt. Cały ekwipunek mają zapakowany w papier. Tak, jeszcze konspiracja, ale już niedługo...

 

Wtorek, 1.VIII.1944

Rano dowiadujemy się, że o 15 mamy być wszystkie na punkcie. Godzina 15, jesteśmy. Czekamy na rozkaz. Żaden łącznik się nie zjawia. Czas mija. Godzina 17. Słychać strzały. Wyglądamy przez okno i widzimy naszych chłopców z butelkami, z pistoletami, kierujących się do wyjścia. W głowach nam się zupełnie nie mieści myśl, że to już Powstanie. Po chwili słyszymy głos Joli: „Całość baczność”, a potem rozkaz. Teraz pośpiesznie zabieramy się do zeszywania opasek i przenoszenia lekarstw. [...] Siedzimy na korytarzu, gdyż walą potwornie. Jeszcze nie jesteśmy przyzwyczajone do takich huków. Za chwilę przyniesiono nam rannych. Robi się niesamowity gwałt. Pani doktor opatruje, my pomagamy, przychodzą jakieś sanitariuszki spod 8-go, które zgubiły swój pluton. W dalszym ciągu walą bez przerwy ale to już nie robi na nas takiego wrażenia. Do samego wieczora roboty mamy dużo. [...] Około północy schodzimy wszystkie do schronu.

 

Środa, 2.VIII.1944

Kilka z nas na zmianę ma dyżury przy rannych, a reszta siedzi trochę w schronie, a trochę na górze. Najokropniejsze jest to, że mamy się „nie znać”, gdyż zachodzi obawa, że lada chwila na teren Instytutu mają dostać się Niemcy. Godziny mijają bardzo wolno. Najgorsza jest bezczynność. Po obiedzie byłam na górze, tzn. na punkcie, gdy wpada jakaś kobieta z wiadomością, że w ogrodzie leży ranny – słychać jęki. Nie ma chwili czasu do zastanowienia. Pędzę po Hankę na dół. Jeszcze nie zdajemy sobie sprawy z tego, że ogród jest pod stałym ostrzałem z YMCA. Po chwili idziemy już przez mały domek ogrodnika. A teraz jeden skok i Hanka jest już w ogrodzie. Czołga się między inspektami, jest już przy rannych. Znowu mija kilka chwil i obie taszczymy młodą dziewczynę. Jest trupio żółta i umazana błotem [...] Transport jest bardzo utrudniony – trzeba się niemal czołgać, a ona rzuca się konwulsyjnie [...] Hanka biegnie po nosze i taszczymy ją przez te wszystkie wąziutkie przejścia na górę. Wreszcie jesteśmy w ambulatorium, kładziemy ją na stole, rozbieramy. Natychmiast dostaje zastrzyk z kamfory. Hanka robi jej jeszcze sztuczne oddychanie, ale właściwie już niepotrzebnie – umiera.

 

Czwartek, 3.VIII.1944

Dowiadujemy się wszystkiego o tej dziewczynie, która umarła. Okazuje się, że szła z narzeczonym i przyjaciółką. Ona niosła meldunek. Gdy szli ogrodem z YMCA dano serię z karabinu maszynowego. Ją ranili w ramię, miała przerwaną tętnicę ramieniową, a poza tym dostała dwie kule w plecy, które utkwiły w klatce persiowej. Umarła z upływu krwi. Jej przyjaciółka jakimś cudem uciekła, a narzeczony z powodu szoku stracił na pewien czas władzę w nogach. Po południu poszłyśmy z Hanką ubrać umarłą. [...] Hance przypomniało się, że przecież nie znaleziono meldunku. Zaczynamy go szukać. Na szczęście znajdujemy, i to jaki ważny – lista około 20 szpiegów. Oczywiście natychmiast pani doktor przekazała ją naszym władzom. Zmarłej przykrywamy twarz muślinem, kładziemy przy niej opaskę WP. Potem włożono ją w papierowy worek i w nocy pogrzebano.

 

Sobota, 5.VIII.1944

Przed siódmą rano budzą nas słowa: „może panie pomogą ratować „Jadwigę”? [przedwojenne gimnazjum im Królowej Jadwigi] Natychmiast zrywamy się i po kilku minutach znajdujemy się na placu. Gmach pali się. Każda z wiadrem w ręku odbywa bezustanną wędrówkę od basenu do gmachu, tam winduje się na pierwsze lub drugie piętro, zostawia pełne wiadro, bierze puste i znowu na dół. [...] Pomimo stałego ostrzału praca wre. [...] Od czasu do czasu [Szwabi] walą w podwórze z cekaem*, ale pomimo to praca idzie wspaniale. Z satysfakcją patrzę na nasze dziewczynki. Trzeba je tylko ściągać stamtąd, gdzie jest najgoręcej – przede wszystkim „Myszkę” i Krysię. [...] Wtem słyszę krzyk „ranny”, i za chwilę widzę człowieka o zakrwawionej szyji, który biegnie w stronę schodów. Momentalnie jest przy nim Hanka i natychmiast uciska tętnicę. Na szczęście znajdują się jakieś dwa opatrunki osobiste – przecinamy mu marynarkę, bandażujemy. Rannego znosimy na dół na krzesełku. Na szczęście jest już jakaś sasnitariuszka z noszami, ale niestety – z prześcieradła. Wiążemy więc paski i umacniamy nosze, układamy rannego i odsyłamy na Mokotowską 55, do szpitala. Hanka przez cały czas transportu uciska tętnice...

 

Poniedziałek, 7.VIII.1944

Od poniedziałku jest przejście z kina „Apollo” do Głuchoniemych przez dziurę w murze. Trzeba przy niej stać i przeprowadzać ludzi na wartownię. Starszy sierżant „Mundek” prosi, aby służbę tę pełniły harcerki. Oczywiście bardzo chętnie podejmujemy się tego. Wreszcie jest jakieś zajęcie dla łączniczek. Po zejściu z posterunku opowiadają z satysfakcją, jak to legitymowały przechodniów. W nocy również trzymamy wartę. Największy ruch jest między dziewiątą a dwunastą. O tej porze przede wszystkim chodzą żołnierze i łączniczki. Wtedy służba jest najciekawsza, gdyż stale przychodzą jakieś rozkazy, zawsze można się czegoś nowego i ciekawego dowiedzieć.

 

Środa, 9.VIII.1944

W nocy ma odbyć się akcja na gmach YMCA. Przychodzą żołnierze z innych plutonów. Łączniczki stale ganiają tam i z powrotem. Wreszcie zbliża się godzina 10:15. Z Instytutu wychodzą chłopcy z butelkami, niektórzy z pustymi rękami, i kilka sanitariuszek... Noc dość jasna. Boimy się, czy aby się tylko uda. Po chwili robi się zupełnie jasno – to znak rozpoczęcia. Słychać wybuchy granatów i potem niesamowity wrzask. Nie rozumiemy, po co te ryki. Jak się potem dowiadujemy od chłopców: „jak kto nie ma broni – to musi gębą nadrabiać”. Po paru minutach na szczęście wszyscy wracają. Akcja skończona.

 

Czwartek, 10.VIII.1944

Wpada ktoś na punkt z wiadomością, że na placu jest ranny, więc sa potrzebne sanitariuszki z noszami. Kilka z nas biegnie: Hala, Danka, Kasia, Bożena i Jadwiga. Długo nie wracają. Wcale to niewesołe, gdyż plac jest pod ostrzałem z Wiejskiej, z BGK i „gołębiarz”* wali z Hożej. Wchodzi Ewa i mówi, że podobno Hala jest ranna. Upłynęło jeszcze pół godziny, zanim dziewczynki przyszły z Halą. Rannego od razu odtransportowały na Mokotowską 55, gdyż przypadek był ciężki. Hala dostała w rękę dum-dum.* Wlot maleńki a wylot przez całą dłoń. Szczęśliwie kości, naczynia krwionośne ani ścięgna nie są uszkodzone. Mamy nadzieję, że rana doskonale się zagoi. Siedzi teraz nasza Halusia na sali opatrunkowej. W pewnej chwili robi się zielona i mdleje. Po chwili leży już na łóżku, ma swoją biedną łapę na temblaku i bardzo jej głupio, że zemdlała.

 

Poniedziałek, 22.VIII.1944

Po południu przyszła do nas pani Hanka Wo z panią Basią, aby odebrać przysięgę wojskową od młodszych dziewcząt, które nie składały jej przed Powstaniem. Ja składałam ją razem z nimi. Ustawiłyśmy się półkolem w gabinecie lekarskim a potem kolejno po kilka kładłyśmy dwa palce prawej ręki na małym krzyżyku i powtarzałyśmy słowa przysięgi. Tak stałyśmy się żołnierzami AK.

 

 Czwartek, 24.VIII.1944

Jest już około jedenastej. Zjawia się ktoś z zapytaniem, czy pani doktor może zrobić opatrunki tym, którzy przyszli kanałami z Mokotowa. W kilka chwil później wchodzi siedem osób. Trudno wyobrazić sobie ich wygląd. Cali, od czubka głowy do stóp, wymazani szlamem kanałowym. Czym prędzej daję im wodę z winem do picia i miednice z wodą do mycia.

 

Sobota, 26.VIII.1944

Teraz coraz częściej przyjmujemy ludzi z kanałów. Na placu pod [numerem] 8 jest wylot. Tam właśnie w nocy wraz z głuchoniemym żołnierzem trzymamy wartę i odbieramy ludzi z Mokotowa. Potrzebna im jest natychmiastowa pomoc – często są poranieni, odurzeni zaduchem, osłabieni i nie widzą dobrze, a niektórzy nawet zupełnie. Oczywiście, nie mają w co się przebrać.

 

Sobota, 2.IX.1944

Około godziny 14 raptem usłyszałyśy warkot samolotów. Zanim zdołałyśmy się zorientować, dały się słyszeć straszne huki, łoskot wypadających szyb. W pokoju u pani doktor oderwał się kawałek sufitu, w gabinecie też. Wystraszeni chorzy wyskakują z łóżek. Wszyscy schodzimy do schronu. Stoimy w długim korytarzu, którym idzie się do kuchni. Samoloty nie przestają krążyć. Stale słychać niemożliwy do zniesienia warkot. Jeszcze kilka solidnych detonacji, jak gdyby tuż i – może po godzinie – wreszcie spokój. Pomimo wszystko siedzimy na dole. Nagle ktoś pędzi przez korytarz z wiadomością, że YMCA prawie już w naszych rękach. [...] Teraz robi się gwałt. Na górze pani doktor opatruje rannych. Na dole szykujemy w dawnej jadalni salę chorych. Pomaga nam nasz ranny Niemiec. Razem z nami znosi łóżka i materace.

 

Poniedziałek, 4.IX.1944

Po śniadaniu pani doktor z dziewczętami idzie do YMCA, żeby przygotować salę dla chorych. Walą solidnie. Mamy jednak nadzieję, że Niemcy YMCA nie zajmą. [...] Po południu mamy kilku rannych. Na szczęście jest drugi lekarz. Gdyby go nie było, miałybyśmy kłopot: o transporcie rannych nie może być mowy, tak walą ze wszystkich stron.

 

Poniedziałek, 11.IX.1944

Znowu trzasnęło kilka bomb. Tym razem w 8-kę. Biegniemy tam, Jest i straż ratownicza. Ale robota bardzo ciężka, ponieważ wszystkie wejścia są zawalone i zupełnie nie można dostać się do piwnic. Tymczasem wydobywają z parteru ludzi, którzy stali w sieni. Same trupy. Z bocznych oficyn wyciąga się rannych. Wszyscy są bardzo zszokowani. Nie wiedzą, gdzie są i co się z nimi dzieje. Przeprowadzamy ich do schronu a dla ciężko rannych zostawiamy miejsca na sali. [...] Znowu nadlatują samoloty. Nie ma się zupełnie gdzie schować. Wchodzimy w ruiny, niektóre idą do Instytutu, ale wszędzie jednakowo niebezpiecznie. Wreszcie mija chwila potwornego naprężenia – odleciały. I znowu przynosimy krople, wodę, obmywamy rany, przykładamy kompresy. Do wieczora pierwsza pomoc udzielona, ale do piwnic jeszcze się nie dostali, będą pracowali całą noc. Umawiam się, że gdy wreszcie dokopią się, to mnie obudzą. Idziemy spać. W nocy przychodzi Celina: „Zocha, wstań”. Wyłażę z pryczy, budzę Kasię, biorę chlebak i latarkę i idziemy. „Do tego przejścia, tutaj” – słyszę głosy. Idę pierwsza. „Proszę wejść tą dziurą.” Widzę maleńki otwór w murze, dopiero co wybity. Ledwo można się wcisnąć. Wciągają mnie do środka. Jestem w piwnicy. Prawie zupełnie ciemno od kurzu. Kilku ludzi pracuje przy słabym świetle latarek. Wykopują ludzi spod gruzów.

 

Wtorek, 12.IX.1944

Wieczorem wpada Jola z wiadomością, że mamy rozkaz natychmiastowego przeniesienia się z placu. Rzeczywiście wszystko dookoła zburzone. Stoi tylko Instytut. Po kolacji pakujemy swoje rzeczy osobiste, ambulatoryjne, cały nasz inwentarz. Chorych transportujemy na Mokotowską 55. Całą noc trwa przenoszenie. [Pani dr Burska i pielęgniarka Krystyna zostały na Punkcie Ratowniczym z minimalnym sprzętem. Ja, w miarę możności, dochodziłam po rannych.]

 

Piątek, 29.IX. – Niedziela 1.X.1944

Dni oczekiwania na koniec. Wiadomo, że pomimo nadludzkiego wysiłku całej ludności Warszawy, pomimo bohaterstwa naszych żołnierzy, zarówno najmłodszych, którzy wiekiem jescze nie dorośli do pełnienia tej funkcji, jak również i tych nastarszych, którzy dawno tę granicę przekroczyli, niestety nie zwyciężyliśmy. Zabrakło nam pomocy, na którą tak liczyliśmy. Świadomość, że lada moment nastąpi kapitulacja jest dla nas czymà strasznym. Trzeba się jednak do tego przygotować i zdecydować, co robimy z naszymi dziewczętami i z sobą. Wszystkie chcemy iść do niewoli. Uważamy, że skoro jesteśmy żołnierzami, to ta droga jest jedyną dla nas. Jola myśli jednak trochę inaczej.

 

Zdecydowała, że do niewoli pójdą tylko te, które nie mają żadnej rodziny w Polsce, a te, które mają, muszą przejść do Polskiego Czerwonego Krzyża i wyjść razem ze szpitalami. Te ostatnie dnie – to okres likwidacji najróżniejszych punktów wojskowych, sanitarnych, to niekończące się przenoszenie rannych do szpitali i jakie takie wyekwipowanie nas samych na drogę.

 

Poniedziałek, 5.X.1944

Dzień rozstania. Rano zwołuję Świetliki na zbiórkę do mieszkania Haliny przy Wiejskiej. Stajemy w kręgu. Czytam rozkaz, przyznaję im stopień samarytanki. Uznaję, że Powstanie było wystarczającym biegiem, aby przyznać im ten stopień. Śpiewamy pierwszą zwrotkę naszej piosenki zastępu.

 

Jak dobrze nam być harcerkami

I Świetlikami móc się zwać

By wszystkim było dobrze z nami

To hasłem naszym ma się stać.

Mieć w duszach hart i światło nieść

Miłością darzyć cały świat

Hejże hej, hejże ha

Świećmy więc póki czas

Bo kto wie, bo kto wie

Co tam w życiu czeka nas.

Potem:

Świetliki – Świećmy!

 

Mocny uścisk dłoni           

– Czuwaj!

– Czuwaj!

Rozejść się.

 

A potem ustawiono wszystkich w szeregach w Alejach Ujazdowskich naprzeciw spalonego gmachu gimnazjum Królowej Jadwigi. Najpierw chłopcy z plutonu Mundka, który stacjonował w Instytucie, a potem nasze dziewczęta. Humory wprawdzie wisielcze ale dopisują nam; trudno pokazać, jak przeżywamy rozstanie. Ostatnie pocałunki, polecenia, podawanie adresów.

 

Wreszcie: „Całość baczność, naprzód marsz!” Kolumna rusza. Kasia i ja razem z nimi. Postanawiamy odprowadzić je do miejsca, gdzie nasze wojsko przejęte będzie przez posterunki niemieckie. Idziemy Alejami, Koszykową, Śnuiadeckich. Małą Jolę podtrzymują Bożena i Hanka. Jesteśmy koło Politechniki. Trzeba się rozstać.

– Czuwaj!

– Czuwaj!

 

 

* cekaem – ciężki karabin maszynowy (CKM)

 

* „gołębiarz”  – niemiecki strzelec wyborowy, zwykle cywilny, ostrzeliwujący Polaków z górnych kondygnacji domów („sniper”)

 

* dum-dum – pocisk karabinowy z odsłoniętą ołowianą częścią przednią powodujący rany szarpane, zakazany przez Konwencję Haską

 

Uzupełnienie Hanny Czarnockiej (Kościa-Zbirohowskiej)

 

 

 

Wrócić na stronę "Migawki Historyczne" - "Sto Lat" - Numer 3
 

Wrócić na główną stronę gazetki "Sto Lat" - Numer 3